
Styczniowe wydarzenia z Saragossy bardzo przypominają krajobraz polskich stadionów z ubiegłego roku, kiedy to premier Donald Tusk został wrogiem numer jeden kibiców. Jego odpowiednikiem w Aragonii stał się Agapito Iglesias. Obaj panowie słuchają nawet podobnych obelg. W obu przypadkach fani zapowiadają, że skrócą rządy tych, których nazywają dyktatorami. Oto historia człowieka, któremu tysiące Hiszpanów życzą jak najgorzej.
Real Saragossa to jeden z najbardziej zasłużonych klubów w Hiszpanii, sześciokrotny triumfator Pucharu Króla. Największymi sukcesami "Los Blanquillos" jest tytuł wicemistrza kraju (1975) oraz wywalczenie Pucharu Zdobywców Pucharów (1995), czy Pucharu Miast Targowych (1964), jak nazywane były rozgrywki przemianowane potem na Puchar UEFA.
Według oficjalnych informacji Agapito Iglesias w maju 2006 roku został głównym akcjonariuszem klubu (mianował wówczas na stanowisko prezydenta Eduardo Bandresa), jednak według nieoficjalnych zaangażował się kilka lat wcześniej. Real Saragossa od 2003 roku próbował rozbudować swój stadion - La Romaredę, ale wobec wielu nieprawidłowości finansowych, budowę raz po raz wstrzymywano. Dodajmy tylko, że firmy należące do Iglesiasa działają w... sektorze budowlanym. Stąd właśnie niepotwierdzone informacje.
Pewne jest natomiast, że w 2009 roku znudziło mu się słuchanie Bandresa, który stale mówił o zagrożeniu ekonomicznym, kominach płacowych. Znalazł więc kandydata idealnego na stanowisko prezydenta klubu. Siebie. Przejął rządy i błyskawicznie zdemolował strukturę płac. W efekcie, zadłużenie klubu od momentu, kiedy pojawił się w "Blanquillos" wzrosło prawie dwukrotnie - z 70 na 130 milionów! Zaskakujące jest to, że Saragossa znajduje się w takiej sytuacji, chociaż udało się wytransferować piłkarzy za naprawdę dobre pieniądze. Z Realu odeszli m.in. Savo Milosević, David Villa, Gabriel Milito (za 20,5 milionów euro), Diego Milito (12), Sergio Garcia (10), czy Ricardo Oliveira (17,5).
Fani z Aragonii zdają sobie sprawę, że powtórzenie sukcesu z 1975 roku jest niemożliwe, jednak nie mogą biernie przyglądać się jak ich klub dryfuje w stronę niższych lig. Przez wiele miesięcy wierzyli sprytnemu działaczowi, który jest mistrzem obietnic, teraz postanowili działać. - On stale coś mówi. Gdy się go zna pięć minut, to wydaje się fantastycznym facetem. Niestety, koszmar zaczyna się, gdy trzeba cokolwiek zrealizować - mówi były piłkarz tego klubu, Carlos Diogo.
Urugwajski obrońca trafia w sedno. Iglesias zapewnia bowiem, że jest bardzo dobrze. Zaznacza, że klub poddał się prawu upadłościowemu, dzięki czemu może w spokoju realizować proces spłacania długów i znajduje się pod ochroną prawną (przez to działacze Deportivo La Coruna nie mogli wyegzekwować spłaty długu, więc domagali się relegacji Realu). Właściciel Saragossy na każdym kroku informuje, że rozumie postawę kibiców, a "Hiszpania to wolny kraj i można demonstrować swoje uczucia". Kontakt z fanami utrzymuje za pomocą lakonicznych komunikatów na stronie oficjalnej, w których z reguły odgrywa rolę zdziwionego i zaskoczonego. Dlatego protest w Saragossie przybiera coraz ostrzejsze formy.
Podobieństw między sytuacją w Polsce i Aragonii nie ograniczają się do niezadowolenia i używania pewnych określeń. W naszym kraju piłkarze wspierali czasem kibiców będących w sporze z działaczami klubowymi, czy władzami, jak to miało miejsce np. w Koronie Kielce, której fani karani są zakazami stadionowymi za najbardziej błahe przewinienia. Tymczasem w Saragossie legendy klubu wręcz nawołują do działań przeciwko Iglesiasowi! Wystarczy wymienić tu Gustavo Poyeta czy Xaviego Aguado. - Tylko kibice mogą zmienić sytuację w klubie - przyznał Poyet.
Przed meczem z Getafe doszło do najpoważniejszego – jak na razie - protestu. Pod stadionem zebrało się ponad 10 tysięcy fanów! Skandowali mniej lub bardziej radykalne hasła i trzymali transparenty nawołujące Iglesiasa do odejścia. Czy taki protest przyniesie skutek w Aragonii? - On ma swoje zabawki, swój tor z samochodzikami i nie odda ich nikomu - przyznał szef działu sportowego Punto Radio, Jose Antonio Abellan. Podobnego zdania są fani Realu, dlatego zapowiadają jeszcze ostrzejsze formy.
Racje kibiców zrozumieli mniejszościowi udziałowcy, którzy wspólnie z wszystkimi fan klubami (penas) zawiązali platformę "Salvemos el Zaragoza" („Ratujemy Saragossę”). Przedstawiciele tej inicjatywy rozmawiają z Iglesiasem i przedstawiają mu swoje racje. Do niedawna było to nie do pomyślenia, bowiem arogancki działacz nie słuchał nikogo. Fani "Los Blanquillos" chcą notorycznie osłabiać pozycję dyktatora. "Ty matole, to twój koniec" - zapowiadają. Dodali też, że jeśli serce Aragonii spadnie z Primera Division, siłą wyrzucą działacza, który zrujnował ich klub.
WP.PL
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!