
Chociaż w Bundeslidze nie grają takie piłkarskie gwiazdy, które biegają po boiskach Premier League, Serie A, czy Primera Division, to właśnie niemieckie rozgrywki przyciągają na trybuny największą liczbę kibiców w Europie. I liczba ta rośnie nieustannie od kilku lat. Nie znaczy to jednak, że miłośnicy futbolu zza Odry i Nysy mają same powody do radości.
Niemieckie kluby jakiegoś czasu nie odnoszą już tak wielkich sukcesów na arenie międzynarodowej, przed laty. Nie przeszkadza im to jednak w przyciąganiu coraz większej publiczności. W ogłoszonych w styczniu wynikach badań przeprowadzonych przez firmę doradczo-konsultingową Deloitte, Bundesliga zdeklasowała w tym względzie nawet nafaszerowaną piłkarskimi gwiazdami Premier League. Podczas gdy średnia widzów na meczu ligowym w Niemczech wynosi 42 tysiące, to na Wyspach jest to „ledwie” 35 400 kibiców! Co ciekawe, nasi zachodni sąsiedzi nie mają sobie równych, także jeśli chodzi o frekwencję na wyjazdach. Wystarczy wspomnieć, że podczas ubiegłorocznego meczu Pucharu Niemiec pomiędzy Borussią Dortmund a Dynamem Drezno zasiadło na trybunach aż 10 tysięcy kibiców tego drugiego zespołu!
Na wzrost liczby publiczności miało wpływ wiele czynników. Poza znakomitą organizacją widowisko sportowych oraz coraz lepszą jakością transmisji rozgrywek Bundesligi, niebagatelny wpływ miała poprawa infrastruktury. Najnowocześniejsze stadiony, wybudowane z myślą o mistrzostwach świata w 2006 roku przyciągnęły nowe rzesze kibiców. Atrakcyjniejsze stały się również same mecze, odkąd władze ligi zaleciły klubom bardziej ofensywną grę, co przecież kibice lubią najbardziej. Również sami fani przyczynili się do tego, że trybuny zapełniają się dziś niemal do ostatniego miejsca. Oprawy meczowe tworzone przez niemieckich ultrasów należą do jednych z najbardziej kolorowych, dodając spotkaniom niezapomnianego smaku.
Niestety, nie wszyscy za Odrą i Nysą doceniają wysiłek kibiców, by przyciągnąć na stadiony jak najwięcej widzów. Jeszcze w 2005 roku, jeden z współwłaścicieli Legii Warszawa, Jan Wejchert nie krył zachwytu po wizycie w Bayernie Monachium. Włodarze bawarskiego giganta pochwalili mu się bowiem, że w ciągu 20 lat wymienili publiczność z rzesz bezrobotnych na przedstawicieli klasy średniej. Podobnej rzeczy chcieliby dokonać ludzie z Niemieckiego Związku Piłkarskiego (DFB). Dlatego już po Mundialu zaostrzyli postępowanie względem ultrasów.
Szczególne nasilenie tych działań nastąpiło w 2010 roku, kiedy coraz częściej informowano o nałożeniu przez futbolową centralę zakazów stadionowych za używanie podczas meczów środków pirotechnicznych. Z czasem zaczęto robić fanom trudności z wnoszeniem na mecze flag, megafonów, czy bębnów, co przecież służy tylko poprawie atmosfery, a krzywdy nikomu zrobić nie może. Wobec takiego obrotu spraw kibice nie zamierzali dłużej czekać bezczynnie. Postanowili się zorganizować i działaś. Wspólnie.
W październiku 2010 roku odbyła się w Berlinie wielka manifestacja fanów z całego kraju. Wzięło w niej udział, w zależności od szacunków, od 4 do 10 tysięcy osób. Obecni byli nie tylko przedstawiciele 160 grup kibicowskich reprezentujących 50 klubów, ale również cały przekrój społeczeństwa. Nie zabrakło osób starszych, a także tych, którzy z aktywnym dopingowaniem i tworzeniem opraw mają niewiele wspólnego, ale którym brakowało dawnej atmosfery będącej dziełem ultrasów.
Fani nie ograniczyli się do manifestowania swojego sprzeciwu wobec działać DFB. Już na początku następnego roku przedstawili władzom niemieckiej piłki projekt zmian, umożliwiających legalizację środków pirotechnicznych na stadionach. Jednocześnie rozpoczęto kampanię pod nazwą „Zalegalizujcie pirotechnikę – szanujcie emocje” („Pyrotechnik Legalisieren – Emotionen Respekieren”), mającą na celu zainteresowanie tematem opiniotwórczych mediów.
Działania kibiców przyniosły pozytywny skutek – poparły ich niektóre kluby, a nawet działacze związkowi przyznali, że należy wsłuchać się w głos fanów. Doszło to rozmów pomiędzy przedstawicielami ultrasów a piłkarską centralą, podczas których ustalono, że od 15 lipca do 22 sierpnia na stadionach w Niemczech nie pojawią się żadne środki pirotechniczne. Miał to być sprawdzian rzetelności kibiców.
Fani zdali test celująco, ale niespodziewanie DFB wycofał się we wrześniu z wcześniejszych ustaleń i zerwał rozmowy. Oburzenia hipokryzją działaczy nie kryły nawet tak poważne tytuły, jak „Frankfurter Rundschau”. Zaś sami fani zapowiedzieli, że race wrócą na stadiony, niezależnie od konsekwencji. Słowa dotrzymali. Podczas wspomnianego meczu pucharowego Borussii i Dynama, kibice gości odpalili środki pirotechniczne i rzucili je na murawę. W odpowiedzi, DFB zagroził, że drezdeńska drużyna będzie rozgrywała mecze bez udziału publiczności.
Trwa więc w najlepsze przeciąganie liny, zamiast wspólne budowanie potęgi Bundesligi. Szkoda, że ludzie odpowiedzialni za zarządzanie niemiecką piłką, zaślepieni chęcią jeszcze większej komercjalizacji rozgrywek, nie chcą wsłuchać się w głos „konsumentów”. Nie tylko tych, którzy są „niepokorni”, ale i tych, którzy są ich wymarzonym odbiorcą, a którzy też chcieliby kolorowych trybun z efektowną pirotechniką.
WP.PL
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!